Plama na spódnicy
dębu.
On spragniony nektaru pszczół porannej rosy.
Skóra drży – jak z chłodu, a jednak z ciepła.
Oddech blokuje płuca, jakby zabrało powietrza.
Ona nogi swe układa jak rozdroża,
wszystkie drogi prowadzą do tajemniczego miejsca.
On na baczność – jak w wojsku – stoi i czeka.
Ona cicho woła: „Wchodź do środka”
i pazurem drapie plecy aż widać.
Oni jak węże plączą ciała z głodu.
Tryska gęsta woda życia…
Aż tu nagle
dzwonek do drzwi miłosny uścisk przerywa.
Kto to?
Ach – to znów przyszła teściowa
fioletowe włosy, skóra zużyta
i powiada:
„Nie przeszkadzam, byłam w okolicy, kochanie
co to za plama na twojej spódnicy?”
