Kawa cień i powidoki
czystą energią potrzebną co dzień.
I już tęsknoty utrwalać nie chcę,
więc poukładam spokój w głowie.
Sięgając wspomnień, po każdy spacer,
każdą historię o ludziach, przejściach:
park, twoje miejsca, pomniki, place –
wszystko, czym żyjesz, tym, co pamiętam.
Zostanie wewnątrz jak czasu tchnienie,
snem wyjawione na głos i szeptem.
Wiesz, że bez ciebie tracę znaczenie?
– Wiem, tylko proszę, powiedz coś jeszcze.
– Zobacz, jak pięknie wschodzi tu słońce,
na przemarzniętych dłoniach jak piasek.
To, co od zewnątrz zdaje się końcem,
ma swój początek i szerszy zasięg.
Tam, gdzie zostały żal i tęsknota,
kwitną konwalie – to znak spokoju.
Jak przypomnienie, że warto kochać,
metafizyczny zawierać sojusz.
– Nie tęsknisz za mną, lecz za ideą
skrytą pod płaszczem łez i rozpaczy,
której demony przeszłości strzegą.
Musisz zapomnieć – musisz wybaczyć.
Nie błądzić więcej we mgle bez sensu,
poza nią piękno świata wciąż czeka.
Idź własną drogą – idź już, tak nie stój!
I dla pewności za siebie nie patrz.
Nie chcę być cierniem na twojej duszy,
trucizną przekleństw – obcym językiem.
Ze mną się tylko mrokiem zakrztusisz,
aż cię poczuciem winy wykrzyczę.
Tak zostawiając zapach nostalgii,
niepostrzeżenie noc się rozpierzchła.
Czy wciąż tęsknotą dni chcesz dokarmić,
albo im nadać nowego tempa?
Wiersz powstał dziś rano, na podstawie mega dziwnego snu. Zawsze wracam ne ten sam dworzec kolejowy 😅
