Nie jestem
nie ma krzyku.
Jest posmak ciszy, jak szarej waty,
którą wygłuszałem bicie zegarów.
Świat stał się płaską mapą,
nie było już ani „tu” ani „dalej”
To powolne pękanie - rysa cienka jak włos,
potem głęboki pomruk
gdzieś pod żebrami.
Rozgarniam popiół...
Tam wciąż pulsuje cos czego
nie da się zdusić - uparta wola trwania,
jedyna rzecz, która potrafi
rozbić milczenie.
Oddycham głęboko...
Każdy haust powietrza, to małe zwycięstwo
nad bezruchem - obiecywał spokój,
a dał tylko pustkę.
