Cztery pory zmartwychwstania
staje się wiosną; na wpół wymodloną,
na wpół wyczekaną,
której niechętnie spowiadam się
ze snu.
Tamtych już dawno nie ma, tamci
wspomnieniem budowali legendę czci i wiary,
sobie tylko czasem będąc...
nadzieją.
Chcąc wiedzieć, kiedy zamknąć oczy,
trzeba przytomnym być od wewnątrz.
Z rozwagą czujność w sercu nosić,
ona by przetrwać, jest konieczną.
A gdy już znajdziesz „święty” spokój,
nie pozwól gasnąć jego aurze.
Na skórze somatykę poczuj
i ucz się wokół szerzej patrzeć.
Człowiek wolny od brzemienia śmierci,
jest triumfem nad jej tragedią.
Nie umiera, nie prosi o łaskę
w fałszywej pokorze, nie rozpacza,
choćby ostatnim tchnieniem,
zatęsknił za latem.
Duszę z popiołu zaklinaj w pamięć.
Ciebie prosimy (...)
Krew niech na powrót ciałem się stanie.
Ciebie prosimy (...)
Modlitwą jestem i nią zostanę,
Ciebie dziś proszę – wysłuchaj Panie.
Choćbym u szyi miał ciężki kamień,
nie pozwól nigdy zrzucić go.
Amen.
Najpiękniejszą jest jesień, której nikt nie czeka.
Niezmartwiona, rzuca swój płaszcz, gdzie popadnie.
Lubię z nią deptać kałuże;
w zmąconej wodzie, przeglądamy krzywiznę świata.
"Wszystko, co mam, jest w niej zakochane".
Mogę potrzymać za mały palec,
którym pomieścisz złamane słowo;
i nie przejmować wcale a wcale
się, że nie do mnie, a raczej obok
przychodzisz smutna, jesieni życia.
Wciąż zamyślona, tęsknisz do wiosny,
wzroku zmartwionych często unikasz.
Jesieni życia, proszę, się ocknij!
Nadzieja nie umiera,
zapada w sen zimowy i ciężki,
jak powietrze przed burzą.
A sen, czarno - biały od śniegu i spalin,
dryfuje nad krawędzią.
Przyjdź, choć ogrzać swoje dłonie
i oczyścić z lodu serce.
Ten nasz wspólny wieczny płomień,
może być czymś znacznie więcej
niż dysonans wśród zmarzliny,
rozproszonej jak odbicie
w lustrze, w które nie patrzymy,
przesiąknięci własnym mitem.
