Nie stać mnie na chwilę słabości
choć jeśli dobyć nią ołów oczekiwań
nie potrafi zacisnąć się w pięść
czasem latarnią rozświetla zmrok
nie po to by patrzeć pod nogi
lecz by zostawiać widoczne ślady
mimo że częściej
w obcych i nieobcych ustach
moje imię jak łatwy pokarm
nie krztusi - przechodzi przez gardło do syta
i tak siedzę w pudełku własnej pleśni
ściany rozdrapane z cieni
nie chcą się goić
pojutrze
albo kiedyś wyjdę z siebie
złapać oddech - z papierowym uśmiechem
będę mówił "dzień dobry"
