Studnia
opadam miękko do nieistnienia
zahaczając boleśnie o nierówne ranty
nadinterpretowanych relacji
rozdzieram uśmiech kolcami
zatrutych oczekiwaniami snów
demaskuję lodowymi lustrami
zamrożone w sercu deklaracje
przyspieszam lękiem agonię
zdzierając zakrwawione słowem
nasączone ciężkimi łzami
niegdyś białe szaty iluzji
otulona szczelnie szorstkimi więzami
oswojonej od lat samotności
hamuję ostatkiem potłuczonych marzeń
chwytając zimne ciernie obojętności
zanim rozbiję się trwale o chichot losu
spojrzę ostatni raz na zanikające niebo
żegnając odlatującego ku szczebiotom lasu
lśniącego księżycowym srebrem Sokoła...
