Solidarni
ona wśród nich.
Jedna puszka piwa
i hot dog, też jeden.
Kęs, łyk.
Sprawiedliwie.
Rozgryzali wszechświat —
dlaczego niebo
jest niebieskie,
skoro tam ciemno,
niby w tyle.
Zegar na wieży ratusza
wydzwaniał co godzinę.
Oni mieli czas —
nigdzie się nie spieszyli.
Wtem jeden odszedł.
Zostali na posterunku —
czekali.
W geście zwycięstwa
niby z dymiącą pochodnią
na powrót razem
I znów łyk i kęs.
Zegar wydzwaniał swoje.
Ludzie wracali z pracy.
Oni milczeli
w porozumieniu.
Jeszcze łyk i kęs —
w solidarności
trwali.
