dłonie jak ptaki faliste
czarna łódź
żeglowała nad miastem
dudnił deszcz o parapet
rozpiął się kaftan nieba
opadamy w sen
jak zgaszony wybuch
ogniem nagiego ciała
z gorącej przestrzeni
przybywasz do mnie
lazurową strugą wiatru
między kroplami chabru
moje dłonie
jak ptaki faliste
ulatują by dotykać ciebie
unoszą się zmysły
kołyszą gałęzie
fosforyczny krąży rym
w wianeczku pełnym bylin
odgłos daleki
w poduszce szukał powietrza
nie wiedział, drżał, powtarzał…
kocham, kocham, kocham!
i tylko oddech światła
na szybie jeszcze trwał
jak ślad po twoim imieniu
pisanym kroplą deszczu
