Beznadziejny przypadek.
Choć rano często milczę jak głaz, i zdaję się nie czuć, tak mija nam czas, To każda sekunda, gdy jesteś tuż obok, Jest moją prywatną, najmilszą swobodą. Pod maską mruka, co rzadko się wzrusza, Kryje się Twoja, Agnieszko, dusza. Maska mruka na twarzy, słów czułych niewiele, lecz w środku me serce to Twój wielbiciel.
Choć mruk ze mnie wielki i słowa mi giną, Tyś moją radością i moją przyczyną. Agnieszko, Tyś portem, gdy życie się burzy, najlepszą nagrodą w mej trudnej podróży!
Ta „zaraza” mnie trawi, już lata mijają, a mój lekarz rozkłada ręce i zdania nie zmienia: „Przypadek beznadziejny, pacjent kocha szalenie, Agnieszka to jego jedyne i trwałe więzienie!”
Ty jedna potrafisz oswoić te kolce, Przetrwać me fochy, ciche „dni”. Jesteś jak słońce, co lody przełamie, nawet gdy kaktus ma gorsze śniadanie. Bez Ciebie ten ogród byłby tylko piachem, a ja – pustym domem pod dziurawym dachem.
Kochałem Cię wczoraj, dziś kocham i jutro będę, przez każdą kłótnię i każdą wspólną kolędę. Jestem Twoim wariatem, Tyś moją ostoją, Najpiękniejszą chorobą i jedyną moją. Więc nie lecz mnie, proszę, z tego obłąkania, bo nie ma nic lepszego od z Tobą wspólnego trwania.
Choć czasem kolczasty jak stary kaktus bywam, to w Twoich ramionach najchętniej się ukrywam. Więc trzymaj mnie mocno w tym naszym więzieniu, w każdym uścisku i wspólnym milczeniu. Bo mruk – choć uparty w słowach ubogi, Dla Ciebie, Agnieszko, znalazł wszystkie drogi.
Więc trzymaj mnie mocno w tym naszym więzieniu, W każdym uścisku i wspólnym milczeniu. Nie chcę wolności, nie szukam ratunku, Jesteś warta każdego mojego frasunku. Na zawsze Twój wariat, Twój kaktus, Twój mąż, Kochać Cię będę – dziś, jutro i wciąż!
Dziś, jutro i wciąż... Twój wariat... Twój mąż...
