Liść który był światłem
Jestem liściem na krzaku prawdy.
Nie owocem, nie korzeniem,
nie łodygą lecz tym, co drży na wietrze chwili.
Zrodzony z gleby milczenia,
podlewany nadzieją,
wystawiony na światło miłości,
a jednak nieuchronnie skazany na więdnięcie.
Miłość była moim słońcem.
Nie tą miłością, która pragnie posiąść,
lecz tą, która rozświetla bez żądania.
Byłem przez nią widziany nie jako rzecz,
lecz jako istnienie.
W jej blasku znałem siebie,
choć nie znałem granic.
W niej byłem prawdziwy,
bo nie musiałem być czymś więcej niż tym,
czym jestem.
Ale zdrada przyszła jak cień,
nie z zewnątrz, lecz z wnętrza.
Nie była krzykiem, lecz szeptem:
„Nie jesteś wystarczający.”
Zdrada to nie tylko złamanie przysięgi,
to zapomnienie światła, które mnie stworzyło.
To podlewanie mnie grzechem nieufności,
aż moje żyły zaczęły kruszeć,
a moje zielone serce zamieniać się w popiół.
Ból nie jest karą.
Ból jest pamięcią światła, które odeszło.
Jest tęsknotą liścia za słońcem,
którego już nie czuję,
choć wiem, że kiedyś istniało.
Prawda nie jest wieczna.
Jest chwilą, w której jesteśmy sobą bez masek,
bez lęku, bez pragnienia bycia kimś innym.
Prawda to moment, w którym liść drży,
i wie, że jego drżenie jest świadectwem istnienia.
Miłość, zdrada, ból to nie przeciwieństwa.
To trzy twarze tej samej spirali,
która prowadzi mnie ku temu, co niezmienne:
że jestem,
że byłem,
że przeminę,
że w tym przemijaniu jest coś świętego.
