Czarna plansza
Wokół mnie krąży omen,
nie ptak, lecz cień bez skrzydeł,
osiada na ramionach
jak mokry popiół.
Ślepe zaułki krzyczą ciszą,
ich gardła pełne są rdzy i echa.
Przytułki splątane jak żyły pod skórą,
pulsują obcym, ciężkim snem.
Życie rozkłada przede mną planszę,
z czarnych i białych pól,
ale kości są puste w środku,
toczą się, nie wydając dźwięku.
Jestem pionkiem z obtartą farbą,
przesuwanym dłonią, której nie widać.
Wracam na start częściej niż do domu,
a każdy ruch oddala mnie od siebie.
Krążę.
W kółko.
Po okręgu bez środka.
I tylko noc wygrywa zawsze,
nie potrzebuje rzucać.
