delikatny oddech poranka
przeciąga się ramionami
od horyzontu aż po sam kres
drzewa pragną poszumieć czasami
a czas mija, jak życie człowiecze
ziemia nici pajęcze wyplata
biegnie stopami po łące nieba
odziana w szaty Poncjusza Piłata
srebrne lico błysnęło zza góry
w szklistym półkolu bez śladu
namiętnie czesze wodę źródlaną
kojącym szumem wodospadu
aż serce drży od cichych wyznań
gdy wiatr odmawia w trzcinach pacierze
księżyc rozlewa aksamitne słowa
upojony po mocnym likierze
miłość powoli otwiera powieki
i patrzy w rzekę jak w oczy kochanka
gdzie każde odbicie budzi się nagle
przy delikatnym oddechu poranka
