przez pęknięty ekran
za nami wyrafinowany gust
i symulakry bólu
chciałem cię dogonić
więc zamiast pchać się przez perfumowany gąszcz
wylewający się szerokimi schodami
wybrałem skrót ten pochyły gzyms
pies przeszedł go lekko
był już bezpieczny po drugiej stronie
ale wrócił do mnie gdy się zawahałem
właśnie wtedy
w ufnym lecz chaotycznym kręceniu u moich nóg
cztery łapy poplątały mu się
na pochyłym gzymsie
teraz wisi dwa metry niżej na cienkiej gałęzi
mniejsza o seans bal czy przedstawienie
czy inny fantom życia
mniejsza o to że znów cię nie dogoniłem
ręce sięgają w przepaść by ocalić życie
przestałem wypatrywać cię w tłumie
muszę uratować psa
