Kadr z nocy (Szczęście)
Miasto założyło poranek
jak dobrze skrojoną maskę —
ale pod nim wciąż pulsowała noc.
Latarnie strzegły swoich miejsc
jak zawsze,
jakby pamięć
można było unieważnić światłem.
Ludzie mijali się nawzajem
z twarzami wbitymi w ziemię,
strzegąc w sobie
milczących ran.
A jednak coś pękło —
ta cisza,
która latami
grzebała światło
w ludzkich sercach.
Kamień po kamieniu.
Nowe miejsce
nie miało wielkich ulic
ani kamiennych pomników.
Nie znało wyroków.
Nikt nie pytał, skąd przyszli.
Nikt nie liczył oddechów.
Nikt nie ważył ich słów
na zimnej wadze cudzych oczekiwań.
Mijały dni.
Sadzili kwiaty pod oknem.
Parzyli kawę o świcie.
Każdy drobny gest
przywracał światu łagodność.
Każdy świt
otwierał dzień,
zabierając ze sobą
odrobinę tamtej nocy.
I właśnie tak,
nieśmiało wobec własnego istnienia,
rodziło się ich szczęście.
Czasem boleśnie —
uwolnienie
miało swoją cenę.
Aż w końcu cisza
stała się domem,
bo serce
nie myli drogi.
Wie,
czyj głos ucisza lęk,
czyje dłonie budują dom tam,
gdzie wcześniej były tylko burze,
i przy kim dusza
tańczy swobodnie.
Miłość — to siła, która przechodzi przez ogień własnego strachu.
I strąca z niego popiół cudzych nazw.
Nazw, które jeszcze nie wiedzą,
że nie są już końcem
