Łąka zagubionych butów
zarasta cudzym wzrokiem,
stoi się tu po kostki
w nie swoim wczoraj.
Każda para nosi inną pogodę,
deszcz, który wraca do kości,
kurz przyklejony do decyzji,
noc wbiegającą w szwy.
Sznurówki to linie obrony,
wiązane w pośpiechu albo w strachu,
pękają zawsze w najmniej spodziewanym momencie.
Pięty obdarte do krwi
to nie ślady słabości,
tylko miejsca, gdzie droga
weszła pod skórę
i już nie pyta o zgodę.
Jest numer, rozmiar, krój,
jest tabela przewidywań.
Ale żadna miara
nie uwzględnia ciężaru kamienia,
który wybiera jedną stopę
i wraca co noc.
Nie obiecują skrótów
ani miękkich poboczy,
mierzą nas bez litości
długością dnia i ciężarem kroku.
Każda para wie,
gdzie trzeba stanąć boso,
żeby zrozumieć,
po co w ogóle się idzie.
