Kintsugi
lustrem, co jedynie światło odbija,
ciałem bez śladów dalekiej podróży,
imieniem, które bez echa nie przemija.
Chcemy błyszczeć w słonecznej witrynie,
jak filiżanki ustawione w blasku dnia,
pachnieć porankiem, co niewinnie płynie,
nie wiedzieć, jak smakuje upadku łza.
Lecz czas — niechcący — trąca nas łokciem,
los wypuszcza kruche istnienia z rąk,
i nagle pękamy — z trzaskiem, z hukiem,
w pył obracając każdy nasz ślad.
Każdy odłamkiem innej jest skorupy,
każdy rozbity w swój jedyny kształt —
aż przychodzi kintsugi, ciche jak oddech,
i złotem skleja to, co rozdarł świat.
Złote blizny biegną przez nas jak rzeki,
mapy przetrwania na kruchej skórze lat,
bo piękno nie rodzi się w formie bez skazy,
lecz tam, gdzie złoto odnalazło nas.
