Las poetów
i zejść mi się z niego nie chce,
wokół las poszumem woła
i wiatr moją próżność łechce.
Tam na dole ludzie – duchy
skaczą dziwnie i machają,
potem stają, coś tam krzyczą,
czemuś gęby rozdziawiają.
Nie chcę zniżać się zniżaniem.
W dole tyle kopców, kretów,
potem trzeba trzepać gacie
co nie dla nas, dla poetów.
Czasem kiedy noc zapada
i jest dziwnie wokół cicho
z lasu jakiś dzik wychodzi,
za nim, jakieś leśne licho.
Popod drzewo me przychodzi,
jęczy trochę, trochę kwili,
mógłbym spytać - co u licha!
Ale po co moi mili?
Dzisiaj przyszły same tuzy.
Znowu krzyczą i wołają.
Nawet jeden wlazł na zwyżkę,
lecz na wyższą wlazłem gałąź.
Znowu spokój, słońce świeci,
ja natchnienia łapię chmury,
czekam gwiazd oraz księżyca,
kiedy wschodzi złotopióry.
W nocy śnię, że jestem orłem.
Ponad wszystko, wszystkich, wzlatam,
skrzydłem strącam stare bajki
i bajarzy też zamiatam.
Świt jak co dzień blaskiem budzi,
lecz coś trzęsie i chyboce.
Jakiś palant wlazł na drzewo,
jest pode mną i bełkoce.
- pora złazić panie ładny,
drzewo to już jest sprzedane,
będę ścinał, jestem drwalem.
Oto jest faktura na nie.
A więc jednak, kret na drzewie.
To upadek niespodziany.
Ten „dół” przyszedł tu na górę!
Co uczynić teraz mamy?!
Schodzę wolno z mego drzewa,
i rozglądam się, oczyma
patrzę, patrzę po horyzont
ale w koło drzew już nima.
Lecz rozsiani po równinie
ludki stoją, niczym dzieci.
Nic nie mówią, patrzą w niebo.
Ach, już wiem, to też poeci.
