( 23.05.) Tamtego dnia...
jego świat dobiegał końca,
a wszystko wokół
było zupełnie normalne:
bezchmurne niebo,
śpiewy ptaków,
zabiegani ludzie,
szumy aut i pociągów,
kot leniwie śpiący na werandzie.
W małym kościele
na szczycie góry
modlił się raz ostatni.
Z Krzyża spoglądał na niego
Król Chrystus
w koronie złotej na głowie
i w pięknie tkanej szacie.
Wysłuchał, nic nie powiedział
– po prostu zrobił,
co było Jego wolą.
Życie, które zbliżyło się do mety,
rozpoczął jakby na nowo
– w ciszy.
Przy zakolu rzeki,
gdzie szara czapla
często stoi cierpliwie
na jednej nodze –
tam go Duch wyprowadził,
żeby był się narodził.
Później spadł deszcz,
stopy w sandałach znów
oblepiło błotem.
Oczy już widzą więcej,
a serce jest spokojne.
