Przestrzeń ratunkowa
Z mokrą głową spod prysznica wbiegam
prosto pod koła pędzącym ludziom.
Od przeznaczenia swego uciekam,
tnąc te chodniki gęste od złudzeń.
Zza szyby sklepu ktoś mnie rozpoznał.
Telefon wyjął, pewnie by dzwonić
po stróżów prawa? Lecz mnie wciąż można
z nodzieją szukać pomocnej dłoni.
W barze wyrzutków za moje zdrowie
kolejny toast piją upadli
w swych korporacjach wciąż aniołowie.
Sumienie dławi, a wciąż by kradli.
Przez parki miejskie, bramy, galerie
pędzę wciąż gnany bólem istnienia.
Śmieją się dzieci blade, mizerne;
drwi jakiś starzec, co nie ma cienia.
Wpadam w podwórze, gdzie za śmietnikiem
dwoje bezdomnych przy butli wina
próbuje los swój okiełznać trikiem,
bo jak wypiją to biedy nie ma.
Byle za miasto - myślę, wciąż biegnąc.
Po drodze mijam te mętne twarze,
co się wciąż garbią w smartfonach będąc.
Może im Facebook, jak żyć pokaże?
Zdyszany w końcu wpadam do lasu,
gdzie się wywalam na pierwszej łące.
Tu na zmęczenie mi szkoda czasu.
Teraz już spokój mam w jednej ręce.
Gdzieś tam jest miasto pełne Zombiaków,
których do lasu nikt nie wyciągnie.
Jest świat srających na beton ptaków,
hałas oraz to spieszenie ciągłe.
Witold Tylkowski
