Pojesień
Pojesień przedednie końca
Lecz zanim świat obrócił się w ruinę
Nim rozżarzone żelastwa z nieba
Wypaliły oczy miastom
A wzburzone szpony fal zaorały
Bezbronne naiwne lądy
Człowiek zabłądził na prostej drodze
W przepastnych podziemiach teatru
Kiedy trzeci dzwonek przyzywa
Na finał wszechczasów
Jedni zwątpili, że scena istnieje
A z nią miejsce czas i sens spektaklu
Są tylko ciemne korytarze
Inni uznali że nie lubią opery
A sens jest dla jakiś melomanów
A ja? Sparaliżowany tremą
Że zapomnę tekstu
Że odegram swoją rolę nie tak
Ciągle kryję się po kulisach
Pracoholizmu
Zarwanych nocy i nieobecnych dni
Ale inspicjent dłużej nie zwleka
I kręci korbą wzbudzając żywioły…
* * *
Kiedy oznajmiłeś lucyferowi
Że wcielisz się w człowieka
Wiedziałeś że tego nie zdzierży
I obróci się przeciwko Tobie
A mimo to postanowiłeś
Popełnić tę partyturę
Rozpisaną na miriady głosów
I roje ról pierwszoplanowych
Kiedy wybrzmi ostatnia kadencja
Niewielu ostatnie się na widowni
Lecz jedno jest pewne już teraz
Klapy nie będzie!
Umilkną jedynie zegary
Zdmuchnięte wieczną fermatą
