X

Logowanie



Zapomiałaś/eś hasła? Przejdź do procedury resetującej.

WIOSENNA AKWARELA

Wiersz Miesiąca 0
wolny
2026-03-27 08:53
(Stado wróbli na trawie, zielony rower, omszały dach obory, krople deszczu na szybie)

Deszcz nie był ulewą, raczej szeptem, który miarowo stukał o szyby. Patrzyłeś przez nie, a świat na zewnątrz wydawał się namalowany akwarelą. Najpierw dostrzegłeś zielony rower. Stał tam od lat, oparty o ścianę starej obory, niemal zrastając się z jej drewnem. Jego lakier, kiedyś jaskrawy, teraz idealnie współgrał z grubym dywanem mchu, który szczelnie otulał dach budynku.
Nagle ciszę przerwało radosne świergotanie. Z okapu, jeden po drugim, zaczęły spadać małe, szare kulki energii. Stado wróbli wylądowało na trawie, która pod wpływem deszczu stała się nierealnie zielona. Ptaki nie przejmowały się wilgocią. Podskakiwały zawzięcie, szukając czegoś między źdźbłami, a ich szybkie ruchy przypominały klatki starego filmu.
Jeden z wróbli, nieco odważniejszy od reszty, usiadł na kierownicy roweru. Przekrzywił łebek, jakby zastanawiał się, dokąd ten pojazd mógłby go zabrać, gdyby tylko oba miały jeszcze siłę ruszyć z miejsca. Przez moment panowała idealna harmonia: rdza, mech, deszcz i to małe, bijące serce na środku metalowej ramy. Potem nagły dźwięk z oddali sprawił, że całe stado poderwało się do lotu, zostawiając po sobie tylko drżące krople na liściach i ten sam, niezmienny spokój starego podwórka.

(Wprowadź do opowiadania dziadka, który mieszka tu od dawna i jego wnuka, a może nawet już prawnuka dla którego wieś jest nieznana i tajemnicza, zna jej opisy tylko z internetu. Jego rodzice i on mieszkają w mieście i rzadko przyjeżdżają na wieś. Może nawet wstydzą się swoich korzeni...)

Antoni stał w progu sieni, opierając dłoń o framugę, która od lat poddawała się wilgoci. Obok niego, z nosem wciśniętym w ekran smartfona, stał dziesięcioletni Leon. Chłopiec przyjechał tu z rodzicami tylko na „szybkie pożegnanie lata”, a jego białe sneakersy wyglądały na tej ziemi jak ciała obce.
– Dziadku, tu nie ma zasięgu. Nawet mapy Google pokazują tylko zieloną plamę – mruknął Leon, nie podnosząc wzroku. Dla niego wieś była tylko słowem z internetowej encyklopedii, kojarzonym z błotem i nudą, o której rodzice w mieście woleli nie wspominać przy znajomych.
Antoni uśmiechnął się pod wąsem i wskazał dłonią na podwórze.
– Twoja „zielona plama” właśnie ożyła, popatrz.
Leon niechętnie uniósł głowę. Za szybą, na soczystej trawie, stado wróbli urządzało właśnie głośną naradę, kompletnie ignorując mżący deszcz. Chłopiec na moment znieruchomiał. Nie widział takich ptaków w parku przy apartamentowcu – tamte były lękliwe, te tutaj wydawały się właścicielami terenu.
Wzrok chłopca przesunął się dalej, ku starej oborze. Omszały dach lśnił w deszczu jak aksamit, a pod ścianą stał zielony rower.
– On naprawdę tu jest? – zapytał szeptem Leon. – Tata mówił, że to tylko taka rodzinna legenda o „szmaragdowej strzale”. Myślałem, że go dawno wyrzuciliście.
– Stoi i czeka – odparł Antoni. – Twój ojciec uczył się na nim jeździć, zanim jeszcze świat zmieścił się w telefonie. Rodzice pewnie ci nie mówili, ale kiedyś to podwórko było dla nich całym uniwersum. Wstydzą się tej rdzy i mchu, bo nie widzą w nich tego, co ja: czasu, który płynie wolniej.
Leon podszedł do szyby, po której spływały krople deszczu, i po raz pierwszy tego dnia schował telefon do kieszeni. Patrzył, jak jedna z kropli zatrzymuje się na dzwonku roweru.
– Czy... czy on jeszcze jeździ? – zapytał, a w jego głosie, zamiast miejskiej ironii, pojawiła się czysta, dziecięca ciekawość.

(Niech wyjdą na dwór. Niech młody poczuje na bosych stopach dotyk chłodnej trawy i spróbuje "zatańczyć w deszczu")

Antoni uśmiechnął się szeroko, widząc ten błysk w oku chłopca. Nie powiedział ani słowa, tylko powoli zdjął swoje ciężkie gumowce i wskazał Leonowi na jego lśniące, białe sneakersy.
– Zostaw je tutaj. One nie lubią prawdy o tym podwórku – szepnął dziadek.
Leon zawahał się tylko przez sekundę. Zsunął buty, zrzucił skarpety i nieśmiało postawił stopę na progu. Kiedy jego bose stopy dotknęły chłodnej, mokrej trawy, wzdrygnął się, ale zaraz potem na jego twarzy pojawił się wyraz czystego zdumienia. To nie było błoto z internetowych narzekań jego rodziców – to był miękki, żywy dywan, który łaskotał skórę.
Wyszli na środek podwórza. Stado wróbli rozprysło się w górę niczym garść szarych konfetti, osiadając na omszałym dachu obory, by z góry obserwować tych dwóch intruzów. Deszcz, ten drobny, szeptany kapuśniaczek, zaczął osiadać na włosach Leona.
– Dziadku, ona jest... elektryczna! – zawołał chłopiec, czując energię ziemi pod palcami.
Zaczął stawiać coraz śmielsze kroki, aż w końcu, zapominając o miejskiej etykiecie i nienagannym stroju, zaczął wirować. To nie był wyuczony taniec z TikToka – to był chaotyczny, radosny taniec w deszczu, celebracja wolności, której nie da się zamknąć w żadnej aplikacji.
Antoni stał obok zielonego roweru, opierając dłoń o jego zimną, mokrą kierownicę. Patrzył, jak jego prawnuk odzyskuje coś, co rodzice chłopca próbowali w sobie zdusić: więź z tym kawałkiem świata.
– Patrz, dziadku! Jestem mokry, ale wcale mi nie zimno! – krzyknął Leon, zatrzymując się tuż przy rowerze. Jego stopy były brudne od ziemi i źdźbeł trawy, ale oczy błyszczały jaśniej niż ekran najnowszego telefonu.

(Teraz pora na zieloną strzałę. Niech pojedzie nią drogą przez las...)

Antoni położył dłoń na siodełku, które pod wpływem deszczu stało się ciemne i lśniące. Pchnął rower w stronę chłopca. Stara stal jęknęła cicho, jakby budziła się z długiego snu, a łańcuch, choć pokryty nalotem czasu, wciąż posłusznie zazębił się o tryby.
– Bierz go, Leon. Szmaragdowa strzała nie lubi stać w miejscu – powiedział dziadek, puszczając kierownicę.
Chłopiec chwycił zimny metal. Boso, z mokrymi włosami przylepionymi do czoła, poczuł ciężar prawdziwej maszyny, tak różnej od plastikowych hulajnóg z miasta. Wskoczył na siodełko, a jego stopy, wciąż oblepione źdźbłami trawy, pewnie odnalazły pedały. Pierwszy obrót był ciężki, ale po chwili rower nabrał pędu, tnąc kałuże na podwórku.
Wyjechał za bramę, prosto na piaszczystą drogę prowadzącą do lasu. Stado wróbli poderwało się z omszałego dachu i przez chwilę leciało nisko nad jego głową, jak eskadra małych myśliwców prowadzących go w nieznane.
W lesie deszcz brzmiał inaczej – był głośniejszym koncertem uderzeń o liście dębów i sosen. Leon pędził przed siebie, czując na twarzy zapach żywicy i mokrej ściółki. Zielony lakier roweru migotał między pniami drzew, zlewając się z otoczeniem. Nie było tu Wi-Fi, nie było powiadomień, był tylko on, szum opon na piachu i miarowy oddech.
Nagle zahamował. Przed nim, w poprzek drogi, stała sarna. Zwierzę nie uciekło od razu – patrzyło na chłopca na zielonym rowerze, jakby rozpoznawało w nim kogoś, kto w końcu wrócił do domu. Leon zamarł, trzymając mocno kierownicę. W tej sekundzie poczuł, że ta chwila jest warta więcej niż tysiąc polubień pod zdjęciem.
Gdy sarna zniknęła w gęstwinie, Leon zawrócił. Musiał opowiedzieć dziadkowi o tym spotkaniu...

(Spotkanie z rodzicami i dziadkiem...)

Kiedy Leon wjechał na podwórze, zielona strzała rozbryzgiwała błoto spod kół, a on sam wyglądał, jakby właśnie wrócił z innej wyprawy niż tylko krótka przejażdżka do lasu. Na ganku stali rodzice – ojciec w markowej koszulce i matka z telefonem w dłoni, nerwowo zerkająca na zegarek.
– Leon! Gdzie ty byłeś?! Jesteś cały mokry! I boso? Przecież się przeziębisz! – głos matki przeciął wilgotne powietrze, pełen miejskiego lęku o sterylność i zdrowie.
Chłopiec zahamował gwałtownie, stawiając bose stopy na trawie. Nie spuścił głowy. Spojrzał na nich, a w jego oczach nie było wstydu, tylko coś, czego dawno u niego nie widzieli: dziki, nieskrępowany spokój.
– Mamo, tato... ja widziałem sarnę. I jechałem tym rowerem. On naprawdę działa! – zawołał, ignorując reprymendę.
Ojciec Leona spojrzał na syna, a potem jego wzrok powędrował niżej, na zielony rower. Przez chwilę panowała cisza, którą przerywało tylko miarowe kapanie wody z omszałego dachu obory. Mężczyzna drgnął. Coś w jego spojrzeniu pękło. Zobaczył nie „stary złom”, ale maszynę, która kiedyś niosła go przez te same kałuże. Zobaczył swoje własne odbicie w synu, który właśnie przestał być „miejskim dzieckiem”.
Dziadek Antoni stał nieco z boku, oparty o futrynę, z lekkim uśmiechem obserwując tę scenę. Wiedział, że żadne słowa nie zdziałają tyle, co ten widok.
– On ma rację, Marek – powiedział cicho Antoni do syna. – Szmaragdowa strzała wciąż ma w sobie tę magię. Może zamiast sprawdzać zasięg, sprawdzisz, czy w komórce wciąż wisi twój stary rower? Pamiętam, że był niebieski.
Matka Leona uniosła telefon, jakby chciała zrobić zdjęcie „na pamiątkę”, ale po chwili powoli opuściła rękę. Spojrzała na męża, na syna, a potem na stado wróbli, które znów zleciało na trawę. Poczuła zapach mokrej ziemi, którego nie da się przesłać żadnym łączem.
– Może... może faktycznie nic mu nie będzie od odrobiny deszczu – szepnęła, uśmiechając się po raz pierwszy od przyjazdu.

@@@@@

Zanim napiszesz komentarz pod tym opowiadaniem, chcę żebyś wiedział, że zostało napisane przez AI. Moje są tylko sugestie w nawiasach. Prawda, jak realistycznie napisane? Zupełnie tak, jakby AI znał mnie od dawna, jakby znał moje myśli i to, co jestem w stanie sobie wyobrazić. Gdyby to miało być moje opowiadanie, napisałabym je prawie dokładnie tak samo. Chciałam Ci pokazać, jak łatwo jest zatrzeć granicę między tym, co mógłby napisać człowiek a tym, co stworzą algorytmy AI. Dotyczy to zarówno prozy jak i wierszy. A teraz możesz zostawić komentarz. Co napisałbyś, gdyby nie było przypisu pod opowiadaniem? :)

Ocena wiersza

Wiersz został oceniony
4 razy

Oceny tego wiersza są jeszcze niewidoczne, będą dostępne dopiero po otrzymaniu 5-ciu ocen.

Zaloguj się, aby móc dodać ocenę wiersza.





Komentarze

Kolor wiersza: zielony


Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.


Jan Kępiński
Jan Kępiński
pięć minut temu
Opowiadanie wzruszające. To nic, że napisała je AI . Wkraczamy w nowy świat, w którym AI też może otrzymać nagrodę Nobla z literatury. Nic nie poradzimy , chyba, że wyłączymy prąd. Może to nie takie głupie, drony też przestały by latać.

Eleanor Rigby
Eleanor Rigby
trzy godziny temu
Jestem szczerze zdumiona, to opowiadanie ma duszę i naprawdę myślałam, że napisałaś to fantastycznie. I na końcu szok, że bezduszna sztuczna inteligencja napisała coś tak prosto płynącego z serca. Bo warsztatowo wiadomo da radę. Już Twoja pierwsza Twoja sugestia jest tak realistyczna, że widziałam stado swawolących wróbli w moim ogródku, na który mam widok z okna kuchni. I taki widok często mi towarzyszy. I podrywają się nagle do lotu gdy zbliża się do nich kot.
To sprzężenie z naturą jest mi bardzo bliskie, z racji pracy w tygodniu mieszkam w mieście w bloku ale w weekendy staram się wyjeżdżać na wieś do domu :)

Elżbieta
Elżbieta
trzy godziny temu
Dałaś do myślenia! Może niedługo będziemy cieszyli się, jeśli w wierszach dostrzeżemy uchybienia, trochę błędów, brak interpunkcji, rymy nieidealne, bo przynajmniej będziemy doszukiwali się w nich ludzkiej aktywności chyba, że Al nauczy się i tej niedoskonałości. A tak na serio, to poważny problem dla autentyczności twórczości, pomijając etyczną stronę zagadnienia.
Super eksperyment!, tylko jak ocenić utwór?
Pozdrawiam serdecznie:)☀️

sturecki
sturecki
cztery godziny temu
Ten fragment opowieści pokazuje zderzenie dwóch światów - tego zamkniętego w ekranie i tego prawdziwego, który zaczyna żyć dopiero wtedy, gdy człowiek zdejmie buty i wyjdzie na mokrą trawę.
Czasem wystarczy jeden deszcz, jeden stary rower i chwila odwagi, żeby przypomnieć sobie, kim się było i kim wciąż można być.
6/5

Sylwia U.<sup>(*)</sup>
Sylwia U.(*)
cztery godziny temu
Zadziwiające 🤗

WARS
WARS
pięć godzin temu
Chyba zniknie zawód prozaika bo nikt nie będzie wiedział kto to napisał.


WARS
trzy godziny temu
I kto powie że AI nie myśli: – "Stoi i czeka – odparł Antoni. – Twój ojciec uczył się na nim jeździć, zanim jeszcze świat zmieścił się w telefonie. Rodzice pewnie ci nie mówili, ale kiedyś to podwórko było dla nich całym uniwersum".

Ahsoka
pięć godzin temu
Albo będzie jeszcze więcej prozaikow. Dostęp do narzędzi AI ma każdy, kto ma dostęp do internetu, a i samo AI ciągle się doskonali, że by jego teksty były "jakby ręką ludzką napisane". Nie każdy prozaik czy poeta uczciwie się przyzna, że publikuje tekst autorstwa AI.


Autor poleca


Autor na ten moment nie promuje wierszy
Pokaż mniej



X

Napisz powód zgłoszenia komentarza do moderacji

X

Napisz powód zgłoszenia wiersza do moderacji

 

x
Polityka plików cookies

Nasza strona korzysta z plików cookies. Używamy ich w celu poprawy jakości świadczonych przez nas usług. Jeżeli nie wyrażasz na to zgody, możesz zmienić ustawienia swojej przeglądarki. Więcej informacji na temat wykorzystywanych przez nas informacji zapisywanych w plikach cookies znajdziesz w polityce plików cookies. Czytaj więcej.

Klauzula Informacyjna

Szanowni Użytkownicy

Od 25 maja 2018 roku w Unii Europejskiej obowiązuje nowa regulacja dotycząca ochrony danych osobowych – RODO, czyli Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych).

W praktyce Internauci otrzymują większą kontrolę nad swoimi danymi osobowymi.

O tym kto jest Administratorem Państwa danych osobowych, jak je przetwarzamy oraz chronimy można przeczytać klikając link umieszczony w dolnej części komunikatu lub po zamknięciu okienka link "Polityka Prywatności" widoczny zawsze na dole strony.

Dokument Polityka Prywatności stanowi integralny załącznik do Regulaminu.

Czytaj treść polityki prywatności