Wieczna szychta
pali metanem nasze płuca.
Już nie wyjedzie na wierch —
w dole szychta nigdy się nie kończy.
Ciało uleżało w kamieniu,
czarna ziemia je powoli wypiła.
Pył na oknach osiada grubo.
Śmierć pod podłogą drzwi uchyla,
świder iść musi — mimo ludzi.
Bajtel ma oczy pyłem wyryte,
skóra stara, choć młode lata.
Chleb kraje krzyżem dłonią niemytą,
szczur pod ręką — jego kamrat.
Tutaj, w przodku, podział kłamie.
Metan nie pyta o paszporty,
kilof tak samo w dłoni ciąży.
Pył ich łączy, nie ma próżni.
Na sortowni, przez gęstą miazgę,
krew na dłoniach kobiet.
Mięso zostaje w węglowej ścianie.

Wiersz Miesiąca
Zaloguj się, aby móc zagłosować na Wiersz Miesiąca.