Wiosna, sąsiadko
w łuki mgieł pod niebo.
Wiraż przy kuchni,
a witraże w lewo.
Jak w synekury
echu słabnącym,
liczę na szelest,
oddech i słońce.
Chudoby nasze.
Dla was koszule,
wszelakie pierze,
ale imienia Jego
w ramie róży Wileńskiej strzegą
całą w kaftanie
jak z mrozu koronki
na płonącym z piersi
oddechu jabłonki.
Gdy się obudzę,
a inni mi rzekną,
co było wczoraj,
a kto mnie odwiedził,
tylko mi pokaż
meldunek barwy
z szerokim okiem
na ptasie śpiewy.
Popraw podusie,
a co trzeba, załatw
i nie odmawiaj
nic bez strzępka światła,
a porozmawiać
mogliśmy dzisiaj,
przeskoczyć mury
skokiem gazeli.
