Uzależnienia
w tym wytwornym absurdzie,
umniejszonym biednym ego.
Od porannych, okolicznościowych
trucizn i dzieci śpiących na podłodze
głodnych, brudnych,
konwenansów i grzeczności,
dzień po dniu nienawistniejszych.
Od pobojowiska - nawet nie wiem
co na obiad: wróg, przyjaciel?
Tej rutyny stałocieplnej, gdy
bez fantazji o upadku
z wysokości.
Od powietrza, głodu, ognia, wojny.
Jest dobrostan.
Tylko tej głupoty powszedniej
daj więcej.
Prosimy.
