Między wierszami Psalmu 51
wlepiają wzrok w grudki ziemi.
Od wczesnego rana deszcz
sypie smutne krople.
Gdzieniegdzie słychać już ptaki,
lecz brzmią dość samotnie.
Zza firany spoglądam ku niebu szaremu.
Wzdycham.
Na małym węgielku
kilka ziarenek kadzidła.
Dym tańczy w powietrzu,
zapach to cicha modlitwa.
Już niedługo
znów wszystko powstanie
do nowego życia.
Mnie jeszcze zostało kilka chwil
na tym łez padole,
więc ubieram buty i kurtkę,
kaptur naciągam na głowę
– idę między ludzi,
żeby spotkać się z Bogiem.
Przyczepę zostawiam otwartą,
bo to wszystko tutaj
nie jest przecież moje.
Jedną kroplę złapię w dłoń
– tę ze sobą zabiorę.
