PORWANE (proza )
Ulica wyglądała normalnie jak zwykle. Ludzie zajmowali się swoimi sprawami, czy to w pośpiechu czy na spokojnie. Wchodzili i wychodzili z budynków. Nic takiego. Zwyczajny dzień... do momentu, aż zza rogu z piskiem opon wyjechała ciężarówka. Na niej kilkoro osiłków z bronią krzyczało coś do tłumu i w momencie sielanka zwyczajności zmieniła swoje barwy. Ci którzy nie dowierzali stali jak wryci i patrzyli na przybyłych, inni biegnąc, starali się odejść od niecodziennego zjawiska jak najdalej.
Nie wiedziałam co robić a ciężarówek z takimi samymi osobnikami przybywało. Chaos jaki zapanował był nie do opisania. Nagle jakaś starsza pani stanęła przede mną, chwyciła za rękę i pociągnęła za sobą.
-Chodź dziecko tu nie jesteśmy bezpieczne!
-Pani jest podobna do mojej babci – rzuciłam w odpowiedzi choć nie było to potrzebne, bo kobieta zupełnie mnie nie słuchała. Szybkim krokiem podążyłyśmy do najbliższego budynku czyli do kościoła. Z nadzieją, że tam będzie spokojniej,weszłyśmy do środka. Niestety zapełnione wnętrze nie dodawało otuchy.
Kobiety z dziećmi i mężczyźni pełni przerażenia w oczach tulili się do siebie . Szmer głosów i ciche szlochanie roznosiło się po wnętrzu. Usiadłyśmy w ostatnim rzędzie i wtedy z zewnątrz dobiegły nas odgłosy strzelaniny. Zbliżyłam się do staruszki a ona otoczyła mnie ramieniem. Kątem oka dostrzegłam łzy spływające po jej policzku.
Długo nie trwało gdy intruzi znaleźli się w kościele. Strasząc bronią kazali nam wychodzić. Nie pamiętam czy nas czymś odurzyli ale ocknęłam się w wagonie pociągu, gdzie oprócz mnie było kilka innych kobiet. Staruszki więcej nie spotkałam. Kobiety były małomówne. Skulone na swoich miejscach, czekały tego co miało nadejść.
Kiedy wyprowadzono nas z pociągu, powsadzano na ciężarówki i zawieziono w odległe, ukryte między drzewami miejsce. Budynek wyglądał jak luksusowy hotel. Nie odstraszał wyglądem wręcz przeciwnie, przyjazne wnętrze zdawało się miło zapraszać. Po wejściu, przeczucie, które towarzyszyło mi od jakiegoś czasu zaczęło nabierać mocy. To jak przedsionek piekieł - pomyślałam. Za uchylonymi drzwiami, które mijaliśmy dostrzegłam mężczyznę. Znęcał się nad dziewczyną. Była naga, posiniaczona i zapłakana. Nasze oczy na chwilę się spotkały i poczułam taki lęk jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam.
Kobiety i mężczyźni w mundurach zapraszali nas do środka i kazali zajmować miejsca przy stołach. Uginały się od różnych potraw i smakołyków. Większość krzeseł była już zajęta. Gdy dosiadłam się do grupki kobiet od razu cichym szeptaniem doszły mnie wiadomości na temat tego co się z nami stanie i jak będziemy karane gdy nie zgodzimy się na ich warunki.
Posiłek był tylko wstępem do horroru jaki na nas czekał. Kilkunastoletnim dziewczynkom kazano śpiewać i tańczyć a mundurowcy klaskali im z radością za którą kryło się coś więcej...
Dowiedziałam się, że kobieta, która będzie nami zarządzać ma imię Verna i nie warto jej się przeciwstawiać. Myśl o torturach odbierała mi siły. Opowieści nabierały barw i krążyły między zebranymi jak jadowite węże. Czułam, że tu czeka mnie mój koniec. Ale nim sprawa nabrała tempa, obudziłam się...
Sen z 13/14.11.25
