Cichy przepływ
oddechy wiatru. Kołyszą się gałęzie, liście, łodygi...
Szmer wskrzeszonej nocnym westchnieniem ciszy
wysypuje się na membrany moich uszu
maleńkimi cząsteczkami gwiezdnego pyłu.
Rozpalonymi. Drżącymi.
Tam, gdzieś tam, wśród cichych gwizdów i modulowanych sprzężeń otchłannej pustki
samotnego domu.
Wśród dalekich pogłosów dawno minionych dziejów,
trzaski rozsychających się podłóg i szaf. Przedmioty pokryte kurzem.
W labiryntach splątanych korytarzy,
niekończących się przedpokojów
obojętne spojrzenia rzeźb,
które obserwują spod ścian
każde moje poruszenie, każdy mój przepływ
w szumiącej piskliwie kanonadzie gorączkowego milczenia.
Opuszczone głowy.
Kamienne
twarze.
Bądź twarze.
Zimne. Doskonale obce.
Bądź zastygłe w mimice smutku.
A dalej?
Cóż
dalej?
Nic.
Albo prawie nic.
Bądź nic…
W półmroku zawieszonych wysoko gwiazd, których blask przesącza się
przez firany wybrzuszone od wiatru. W otwartych oknach, w całej galerii otwartych szeroko
okien…
Osiada drżącymi iskierkami na sufitach, na plafonach,
na portretach w drewnianych ramach,
na których pajęczyny, czarne płótna falujące w powiewie...
Na moich dłoniach. Na krzesłach porozsuwanych w nieładzie.
Na blacie
stołu
z pękniętym
wazonem na wpół.
(Włodzimierz Zastawniak, 2026-05-16)
