Rozpraszanie Rayleigha
zastał nas w otoczeniu dosyć romantycznym.
Lecz on, jak zawsze, jest do bólu racjonalny,
ja zaś – co mi się zdarza - mam nastrój liryczny.
Nad kubkiem herbaty płynie obłok pary;
lśniąca tafla jeziora zastygła w bezruchu.
Niebo rozświetla księżyc, mój przyjaciel stary,
wietrzyk bawi się kłaczkiem łabędziego puchu.
Wolę się nie odzywać, bo jeśli coś powiem,
liryczny nastrój pryśnie jak bańka mydlana.
Cisza bywa cenniejsza niż złoto, niż zdrowie,
zwłaszcza, gdy są ci obce nauki arkana.
On także dzierży naczynie z gorącą herbatą,
ta jednak nie paruje – tutaj nie mam racji:
Para jest niewidoczna – i co powiem na to?
To obłok mikrokropelek w stanie kondensacji.
W tafli wody on widzi swobodną powierzchnię
cieczy w stanie hydrostatycznej równowagi.
Zaś to, co mnie się jawi księżycowym zmierzchem,
dla niego jest zjawiskiem znacznie większej wagi.
Bo to w rzeczywistości są Słońca promienie,
odbite od nierównej powierzchni Księżyca.
Wietrzyk? Różnica temperatur i ciśnienia
między lądem i wodą. Czym tu się zachwycać?
Nasuwa mi się myśl, nie wolna od goryczy –
co szepcze, by głębiej zapaść w błogą ciszę:
On jeden zdoła to wszystko zrozumieć, wyliczyć…
Ejże! Lecz wiersza o tym raczej nie napisze.
Siedzimy tak we dwoje, pogrążeni w myślach,
co szybują w przestworzach dwóch odmiennych światów.
Dwa przeciwieństwa, co się uzupełniają.
Ech, mądrze to obmyślił Naczelny Dramaturg.
