Lubię niedzielne poranki wiosną...
Ptaki budzą mnie swym śpiewem
już o czwartej trzydzieści.
Później piję kawę z Bogiem
dziękując, że powierzył mi w opiekę
kolejny dzień życia
na tym świecie marnym
i pięknym jednocześnie.
W drodze do koptyjskiej kaplicy
mijam krowy na łące, owce i sarny.
Trochę przeszkadzają mi
pędzące w oddali blaszane rumaki
napędzane dieslem, benzyną lub prądem.
Staram się jednak chodzić
bocznymi drogami.
Nie wybiegam myślami
daleko przed siebie,
bo przecież tu jestem
prawdziwie.
Bywa, że spadnie deszcz,
a później stoję w kałuży.
Czasem Słońce tak bardzo
rozgrzewa pustelnię,
że nie da się w niej wysiedzieć.
Jakby mi chciało powiedzieć:
„Idź już! Idź do ludzi!”
Wtedy zazwyczaj spotykam
strudzonych wędrowców.
Rozmawiam tylko z niektórymi,
gdy sami się pierwsi odezwą.
Modlę się za wszystkich,
żeby nie trudzili się
na próżno.
Dzień kończę
przy herbacie z Matulką.
Ona tylko uśmiecha się milcząco,
a ja patrzę jak pająk w kącie
naprawia swoją sieć cierpliwie.
Nieco mu zazdroszczę.
